„Bądź wola Twoja…” – o uzdrowieniu słów kilka

Relacja z Bogiem wcale nie jest taka łatwa. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi uzdrowienie czy wyzwolenie. Wtedy naturalnym odruchem osób wierzących jest modlitwa, w której pokładają nadzieję. „Ojcze nasz” to chyba jedna z „najpopularniejszych” i najcześciej odmawianych modlitw przez katolików. Jest modlitwą raczej uniwersalną. No właśnie – jedna z „najpopularniejszych”. Bo czy aby nie nadużywamy jej, jak również innych modlitw w sposób automatyczny? Czy zastanawiamy się nad jej sensem?

Czasem łapię się na tym, że modlę się bardzo automatycznie. Wykorzystuję nieraz modlitwędo tego, aby „odbębnić” swój obowiązek. A to ktoś poprosi mnie o modlitwę, a to trzeba odmówićdziesiątkę dziennie, skoro należę do Męskiego Plutonu Różańca… I nieraz żałuję, że nie rozważam tej modlitwy, nie rozważam intencji – wspomnę ją tylko na początku i jedziemy!

I takie historie słyszę od moich znajomych, często również najbliższych. Wtedy dopada mnie wrażenie, że chyba zapominamy, jak modliliśmy się jako dzieci. Totalnie beztrosko, nie na zasadzie wyuczenia siępewnych formułek.

Bóg przecież słyszy nasze wołanie, to ma być swojego rodzaju rozmowa z Nim. Jakbyśmy rozmawiali z Przyjacielem, który siedzi obok. Żeby nie było – nie deprecjonuję tutaj znaczenia modlitw „Ojcze nasz” czy „Zdrowaś Maryjo” – absolutnie! Chodzi mi o to, że nadużywamy tych modlitw do tego stopnia, że warto zastanowić się, czy one mają jakąkolwiek „siłę przebicia” w takiej formie.

Czy nie staje się to recytowaniem jakby wiersza z pamięci, nie myśląc o tym, jakie słowa wypowiadamy i jakie one mają znaczenie. Studenci mówią na to „metoda 3Z – Zakuć, Zdać, Zapomnieć”.

To samo tyczy się wszelkiego rodzaju „modlitw o…”. Mówimy o uzdrowieniu, wyzwoleniu, o dobrym chłopaku czy mężu, dobrej dziewczynie czy żonie i tak dalej. Uważam, że nie są konieczne do tego specjalne nabożeństwa. Za to niezbędnymi są do tego odpowiednie miejsce, czas i przede wszystkim Pan Jezus.

On może usłyszeć nas nawet leżących w łóżku i w taki sposób nas uzdrowićalbo siedzących w przedziale pociągu i podróżujących. W Ewangelii Mateusza znajdziemy bowiem słowa: „(…) nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25, 13).

Często odczuwam fakt, że modlitwa ma być pewnego rodzaju handlem z Bogiem. „Jak ja odmówię „dyszkę” to Ty mi błogosław”, „jak zrobię dobry uczynek to Ty wylej Swoje łaski na mnie”. Znajome? Oczywiście, że tak! Szczerze – sam tak miałem.

Modliłem się o uzdrowienie mnie z mojej niepełnosprawności. Lubiłem się targować, a jak negocjacje okazywały się zgubne, uciekałem z tego „biznesu” – nie widziałem sensu modlitwy. Ale kiedyś uświadomiłem sobie jedną rzecz, która odmieniła moje spojrzenie na rozumienie nawet sensu życia. W modlitwie „Ojcze nasz”

Wypowiadamy słowa „bądź wola Twoja”. I mózg rozjechany! To jest właśnie istota modlitwy – nie moja, lecz niech Twoja stanie się wola, Panie! Przecież takimi słowami modlił się Jezus w ogrodzie oliwnym do Ojca. Chrystus spełnił dzieło Boga, Jego plan, JEGO WOLĘ. I uważam, że właśnie tak powinniśmy podchodzić do naszej modlitwy. Aby nie liczyło się to, co ja chcę, ale to, jaki On ma plan na mnie.

I tutaj dochodzimy do najistotniejszej – dla mnie osobiście – kwestii, a mianowicie „dlaczego nie zostaję uzdrowiony z dolegliwości/dysfunkcji/choroby fizycznej/duchowej, skoro modlę się, jużnieważne jaką modlitwą?”. Najprostsza odpowiedź brzmi: „bo być może taka jest WOLA STWÓRCY”. Dlatego też dobitnie opisują to słowa, które swojego czasu przeczytałem – „wszystko MOŻE, ale nie wszystko ZOSTANIE uzdrowione”.

Czasem nam się może wydawać, że Bóg jest zły i chce, abyśmy chorowali i mieli pewne dolegliwości, że to On jest sprawcą tego wszystkiego. A tak w zupełności nie jest. Ja sam uświadomiłem sobie, że Bóg kształtuje we mnie wszelkie dobre cechy charakteru: cierpliwość, spokój, uprzejmość, miłość, radość, wierność, łagodność i tak dalej. Coś Ci to przypomina? Tak! To Owoce Ducha Świętego.

Zmierzam do tego, że możemy modlić się o uzdrowienie ciała, a otrzymujemy chyba coś o wiele lepszego – uzdrowienie ducha. Uzdrowienie i wyzwolenie z tego, w czym nie domagaliśmy, w czym byliśmy niedoskonali. Niejako „wylewamy” to na innych, obdarzając uśmiechem, dobrym słowem, uprzejmością i towarzyskością.

Z wolą Boga jak w życiu – musimy szanować to, co mamy, jeżeli jesteśmy w stanie popracować też sami nad sobą i nad obszarem, który chcemy uzdrowić, róbmy to. Nic nie przychodzi nigdy za darmo. Zawsze coś pojawia się w wyniku czegoś. Nie warto szukaćprzypadków, ale skupiać się na tym, jak żyjemy i co otrzymujemy od życia. Czy to w wyniku naszej czy Jego woli.

Artykuł ten ukazał się również na stronie www.pustyniaserc.org

Niezależność. Jak być niezależnym?

Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że chorujemy na “ciasnotę intelektualną”. Jesteśmy niesamowicie podatni na manipulację. Pozwalamy sobą kierować, nie mamy swojego zdania. Wydaje nam się, że skoro istnieje tak zwana “psychologia tłumu”, jesteśmy uratowani. Nie szukamy i takie oto są efekty. Nasz mózg jest zmiażdżony, nie oddycha, nie ma własnej przestrzeni. Nie umie być niezależny.

Ostatnio przewinęły się przez mój wzrok słowa Brigitte Bardot: “Nieza­leżność. Prze­cież ona nie is­tnieje na zewnątrz, ale wewnątrz nas. Jeśli wewnętrznie za­leżę od cze­gokol­wiek lub ko­gokol­wiek nie po­mogą mi na­wet naj­bar­dziej sprzy­jające warunki”. Jakże proste słowa, które w jasny i naoczny sposób określają naszą współczesność.

W psychologii istnieje coś takiego jak wewnątrz- i zewnątrzsterowność. Pierwsze polega na tym, że kierujemy się wewnętrznymi popędami, pragnieniami, generalnie tym, co czujemy “w środku” – sercem czy duchem. Drugie zaś oznacza, że pozwalamy się sterować przez innych – przyjaciół, rodzinę, kolegów czy koleżanki z pracy. Zwróć jednak uwagę – zewnątrzsterowność, a zależność od kogoś różni się diametralnie. Osoby chore czy niepełnosprawne są czasem zależne od osób trzecich. Choćby po to, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B. Pracownicy korporacji również –  by ukończyć projekt, który “stoi”, bo ktoś zawala terminy.

Oczywiście, nie można wykluczyć, że jedno jest lepsze od drugiego i odwrotnie. Wydaje mi się jednak, że we wszystkim potrzebna jest równowaga. Potrzebna jest pewna doza homeostazy, która – najprościej rzecz ujmując – oznacza równowagę między środowiskiem wewnętrznym i zewnętrznym.

Mamy w sobie jednak coś takiego, że wolimy iść z trendem, za ludem. Lubimy być “konformistami” niż “nonkonformistami”. Nasza podatność na manipulację ogromna! Jesteśmy w stanie wydać każde pieniądze, cały swój czas wolny albo potrzebny na inne sprawy poświęcić dla czegoś lub kogoś. Wyżej wspomniana “ciasnota intelektualna” powoduje, że trochę tracimy kontrolę nad sobą. Nie bierzemy już odpowiedzialności, nie mamy swojego zdania, wręcz boimy się go mieć.

Tutaj “dzień dobry” z uśmiechem mówi nam czynnik społeczny, który odgrywa niesamowitą rolę w kształtowaniu naszej codzienności. Nie znaczy on nic innego jak to, żeby przypodobać się, popisać przed kimś, nie być gorszym, odtrąconym, nie stracić reputacji. Mam wrażenie, że nie chcemy się rozwijać, kształtować swojego myślenia czy walczyć ze złymi nawykami; gdzieś usłyszałem bardzo fajne słowa:

“dobre nawyki trudno wypracować i łatwo je stracić, złe nawyki zaś łatwo wypracować, a trudno je wykorzenić”.

Tyczy się to również “psychologii tłumu”, przez którą wolimy stać na boku, nie mieć impulsu do działania samemu. Traktujemy ją jako swojego rodzaju wybawienie, taki trochę “lek na zło”. Nie chcemy się wychylać, ale kiedy już “w kupie siła” można działać na pełnym gazie. I mam wrażenie, jakbyśmy nie oddychali “swoim powietrzem”, ale kradli komuś przestrzeń.

Właśnie “ciasnota intelektualna” i “psychologia tłumu” to nic innego jak właśnie ta zewnątrzsterowność, na której łapiemy się lub nie (jakże często!). To trochę tak, jakbyśmy nie umieli żyć własnym życiem. A to jest bardzo dziwne, ponieważ nikt tego nie chce! Z jednej strony „nikt nie może przeżyć życia za mnie”. Z drugiej, „niech życie sobie płynie, bo ja nie wiem, czego chcę”. Zatem zewnątrzsterowność zaczyna przekształcać nasze wnętrze.

Dochodzi do tego bardzo łatwo – ludzie i przedmioty przenoszą „siebie” na nasze wnętrze. Na nasze przekonania, decyzje, postawy, uczucia i emocje. Może dojść w takim wypadku do zniewolenia.

I tak, jak Bardot powiedziała – dopóki nasze wnętrze będzie zniewolone, zależne, nie staniemy się niezależni na zewnątrz. 

Uczmy się tego, aby mieć własne zdanie, by być asertywnym. Uczmy się polemizować, przyznawać rację i nie zgadzać się. To jest jedyny ratunek dla tego, aby uwalniać się tego, czym nie chcemy być zniewoleni.

M.